Wszystko zaczęło się w piątek wieczorem w legendarnej Siekierezadzie w Cisnej, tam po kilkunastu miesiącach "ciężkich" spotkań roboczych zaczęła się cała wyprawa.
Wyruszamy w siedem załóg, tj. trzy załogi z Łodzi, Zygmunt, mjr Bień i Ojciec Dyrektor, dwie z Milanówka, Siwy i Plecak, Magda z Krakowa (znana jako Żółta Łódź Podwodna) oraz Górale z Gliwic.
Z Polski poprzez przejście graniczne w Radoszycach z zaliczeniem małego off – roadu i kilku niespodzianek na Słowacji jedziemy prosto do granicy węgierskiej. Tam odwiedzamy sławny Tokaj i lecimy do Oradei już w upragnionej Rumunii. Tutaj rozbijamy obóz na terenie starego poligonu wojskowego w pobliżu wsi Rontu. Rankiem po zakwaterowaniu Terrano z Milanówka u miejscowego wypasacza krów, z powodu małego defektu skrzyni biegów, ruszamy na podbój rumuńskiego terenu.


Dzień drugi to pierwszy dzień jazdy. Jesteśmy w górach Padurea Craiului, poruszamy się pomiędzy wioskami Felcheriu, Bucuroaia, Dobresti. W Lancasprie zawracamy w kierunku drogi prowadzącej nad wąwozem rzeki Vidy. Widoki są rewelacyjne, a my odbijamy w góry zaliczając pierwsze wklejenia i boki, do tego dochodzi niesamowity zjazd w bukowym lesie korytem wyschniętego potoku.


Znajdujemy nocleg nad rzeką Vidą i pełni wrażeń po pierwszym dniu wyprawy oraz w znakomitych humorach integrujemy się przy ognisku.

Dzień trzeci to jazda przepięknymi graniami i lasami pomiędzy wioskami Tomnatic, Fatoaia, Demis. Ocieramy się o Bratca, ale szybko odbijamy w góry i nocujemy na połoninie niedaleko Ponoary. Po drodze zaliczamy w sklepie, gdzie kupujemy chleb, nasze pierwsze spotkanie z palinką, od następnego dnia będzie nam już towarzyszyć aż do końca wyjazdu.






Dzień czwarty to już Vladesy i zaczyna się od pięknego zjazdu po drodze z kamieni wielkości telewizorów, następnie w Remeti wykupujemy cały zapas palinki ze wsi. Dalej poruszamy się drogą w kierunku jeziora Dragan, jednak wcześniej wbijamy się w góry, aby przez połoniny dotrzeć do rzeki Sebes, znajdujemy tam obóz prawdziwych Cyganów. Na następnych połoninach spotykamy stado koni, widoki są piorunujące. Chwilę później jesteśmy całą bandą zaproszeni na degustację sera i palinki prosto do szałasu miejscowych górali. Całość spotkania przebiega w bardzo miłej atmosferze. Dalsza droga funduje nam resztę dnia w cudownie trudnym terenie, mamy zjazdy korytem strumienia, ostre podjazdy i na dodatek kąpiel dla niektórych. Okrążając jezioro Dragan próbujemy znaleźć drogę na połoniny, jednak załamanie pogody, koniec drogi oraz późna pora zmuszają do wycofania się. Dwie ekipy postanowiły jeszcze powalczyć na drodze zrywkowej, ale po trzech godzinach zabawy w drwali i oni muszą odpuścić. Nocleg znajdujemy w opuszczonej drewnianej chałupie. Dzień był bardzo długi, więc wieczorna integracja nie jest już taka spontaniczna jak poprzednio.
Dzień piąty to już Bihor. Rankiem wracamy się trochę wzdłuż rzeki Dragan, znajdujemy leśną drogę w kierunku Stena de Vale i znów po drodze wbijamy w góry zaliczając szczyt Mezo – Havas (1627 m.n.p.m.). Zaliczamy graniami całe pasmo omijając szczyty Carligatele, Brie, Miclau szukając jakiejkolwiek drogi zjazdowej w kierunku Bihoru. Dopiero za szczytem Miclau znajdujemy ,,ładną” drogę zrywkową na dół. Do tego jeszcze zaczyna padać i w tym momencie mamy to co łosie lubią najbardziej ;)
Szutrówkami przecinamy Bihor od Doda Pili poprzez Padis do Pietroasoa.
Po krótkiej naradzie lecimy asfaltami na południe do Huneodory. Tam w pobliżu wsi Valea rozbijamy nocą obozowisko. Jest to noc intensywnej integracji, więc nad ranem miejscowa ludność przyszła zobaczyć, czy góry jeszcze stoją.


Dzień szósty to góry Poiana Rusca, tu odnajdujemy wsie do których kompletnie nie ma żadnej drogi, wsie zamknięte bramą, drogi, które nie mają nic wspólnego z tym co na mapie.
Teren jest znakomity, drogi i widoki pierwsza Klasa. Odwiedzamy Merisori de Monte, w Vadu Dobrii znowu spotykamy koczowiska Cyganów, a w Lunca Cernii de Sus wykupujemy z kolei całe wino po 5 lei za dwulitrową butelkę, wzbudzając tym samym dużą sympatię pani sklepowej. Trochę błądzimy miejscowymi szutrami gdyż znowu rzeczywistość rozmija się z tym, co na mapie. Obóz rozbijamy nad rzeką niedaleko miejscowości Dabaca. Wieczorem integracja w podgrupach i sen.


Dzień siódmy. Rano drogą wzdłuż brzegu jeziora Cincis docieramy w końcu z jednodniowym poślizgiem do zamku Huneodorze, szybkie zwiedzanie zamku, zakup pamiątek, wulkanizator, bankomat i dalej na południe w Góry Retezat. Po drodze zahaczamy jeszcze o Densus zobaczyć najstarszą cerkiew w Transylwanii. Po południu przekraczamy granice Parku Narodowego Retezet płacąc po 15 lei od samochodu za wjazd i możliwość rozbicia namiotu. 20 km szutrówką prowadzącą doliną potoku Lapusnicu Mare docieramy do parkingu na wysokości 1600 m.n.p.m., gdzie można zostawić samochód i rozbić namiot. Tutaj to Milanówek postanawia zakończyć wyprawę i wracać, po drodze odbierając zepsuty samochód spod Oradei. Chłopcy do domu pojadą na sznurku. Przyłącza się do nich Ojciec Dyrektor i Magda. Trzy załogi zostają integrując się przy ognisku.




Dzień ósmy. Rano dwoje śmiałków Piotr Góral i Zygmunt wyrusza na pieszy podbój Retezetów. W ciągu pięciu godzin zdobywamy jezioro Bucara położone 2040 m.n.p.m. oraz najwyższy szczyt Retezetów - Peleaga (2509 m.n.p.m.). Napotkane widoki zapierają dech, a spotkana po drodze kozica pozowała do zdjęcia. Ci co nie poszli żałowali, że nie byli w stanie. Pobyt w Górach Retezet większość uczestników kończy kapielą w górskim strumieniu o temp. wody nie przekraczającej 4 stopni (chyba).
Żegnamy Retezety i asfaltami jedziemy do Petrosani, skąd kierujemy się przez góry drogą 7A w kierunku Fagaryszy. Naszym celem jest Trasa Transfogarska. Po dordze zaliczamy jeszcze obiad w przydrożnym barze, składający się z cibory i oczywiście mamałygi. Ostatni nocleg w Rumunii rozbijamy w okolicach Corbeni.




Dzień dziewiąty. Trasa Transfogarska i powrót do kraju. Trasa Tranfogarska od południa to oczywiście olbrzymia zapora na jeziorze Vidaru. Wielki elektryk, wjazd doliną rzeki Capra na wysokość 2100 m.n.p.m., przejazd tunelem na północną część Fagoryszy i oniemiający widok na drogę wijącą się po zboczach do samej doliny. Do tego wszystkiego niesamowite widoki, przestrzenie, brak barierek i zarąbiste przepaście.
Choć nadrobiliśmy sporo kilometrów asfaltami, wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że warto było i niech żałują ci, co pojechali moczyć się w ciepłych źródłach na Węgrzech.




Podsumowując całość wyprawy przejechaliśmy z dojazdami około 3500 km strat w sprzęcie oraz w ludziach oprócz Terrano, które właściwie dojechało tylko do granicy rumuńskiej, więcej już nie było. Każdy napotkany miejscowy mieszkaniec starał co najmniej nawiązać nić porozumienia. Wszyscy napotkani na naszej drodze od pasterza do kierowcy ciężarówki byli życzliwi i starali się pomóc jeśli tylko mogli. My staraliśmy się zawsze odwzajemnić za pomocą polskiego piwa, papierosów itp. W planie wycieczki było również odwiedzenie kilku jaskiń, niestety zbyt słabe tempo na szlaku, spowodowane głównie ciągłą integracją oraz późne pory zwijania obozowiska sprawiły, że musieliśmy sobie odpuścić. Odpuściliśmy również dojazd do Cabana Vladeasa. Jednak w naszych głowach zostało zasiane ziarno rumuńskiej przygody, więc już planujemy powrót do tych pięknych gór i nadrobienie zaległości.
Opracował Piotr Szmatłoch



