Pomysł wyjazdu do Rumunii w tym okresie zrodził się w naszych chorych głowach już w zeszłym roku. Hasłem do niego było stwierdzenie: "może przyjechalibyśmy tu zimą”. I tak po kilkukrotnych przesunięciach terminu w końcu udaje nam się go dograć – jak zwykle wszystko na ostatni moment.
Przygotowaniem zarysu trasy tym razem zajął się Zygmunt, poszedł po całości i plan obejmował prawie całe Karpaty. My, tzn. ekipa z Rudy Śl. Dopracowaliśmy szczegóły oraz dzięki pomocy Staszka Kotarby (za co serdecznie dziękujemy) zaplanowaliśmy odwiedzenie po drodze kilku jaskiń.
![]() |
![]() |
Nad ranem dociera do nas Zygmunt z ekipą, jak zwykle miał kilka godzin poślizgu z wyjazdem, ale jesteśmy już razem i rankiem ruszamy do Sapanty – pierwszego z miejsc na naszym planie podróży. Wesoły Cmentarz w Sapancie to miejsce, które każdy musi odwiedzić, jesteśmy tu akurat w czasie nabożeństwa i możemy przyjrzeć się miejscowym zwyczajom.
![]() |
![]() |
Odwiedzamy jeszcze po drodze kilka cerkwi i wzdłuż rzeki Tisy tzn. granicy z Ukrainą kierujemy się w kierunku Sighetu, a dalej na przełęcz Prislop. W Borsie odbijamy z głównej drogi mając ambitny plan znaleźć w górach otwory sztolni górniczych. Jednak po długi m podjeździe grzęźniemy w śniegu i dalsza jazda staje się niemożliwa. Pieszy zwiad tylko to potwierdza dodając jeszcze do tego zagrożenie lawinowe. Nie pozostaje nam nic innego jak przygotowanie sobie obiadu w tych przepięknych zimowych warunkach i odwrót. Jednak nie poddajemy się łatwo, przełącz Prislop chcemy objechać terenem, ale i te plany życie weryfikuje szybko, tutaj odśnieża się tylko główne drogi, reszty po prostu w zimie nie ma. Na przełęczy 1,5 m śniegu, robimy pamiątkowe zdjęcia i zjeżdżamy do doliny w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Nocleg znajdujemy w opuszczonym o tej porze roku szałasie pasterskim przy drodze na przełęcz Rotunda. Tutaj śniegu trochę mniej, ale za to w nocy ściska trochę mrozem.
![]() |
![]() |
Dzień trzeci to droga przez góry, wbijamy się bocznymi drogami na połoniny, po drodze mijając opuszczone osady drwali i czynne kamieniołomy, nie mając pojęcia ,,jak oni tu wjechali:. Dobijamy do drogi 17 i realizujemy dalej plan. Voronet – najpiękniejszy malowany monastyr. Polskie wsie, Plesza – od razu poznajemy tutaj polską rodzinę, rozmowy i pożegnania jak zwykle się przeciągają. Z Pleszy zjeżdżamy do Nowego Sołońca, droga jest tylko na mapie, a w rzeczywistości jest to najnormalniejsza zrywka. W Sołońcu meldujemy się w Domu Polskim, ale że jesteśmy przed czasem jedziemy do Kaczyki zwiedzić kopalnie soli. W kopalni jest cudownie, szczególnie gdy przewodnik zostawia nas samych, schodzimy do starych wyrobisk nie udostępnionych turystom, jedynym ograniczeniem jest tutaj czas.
![]() |
![]() |
W Nowym Sołońcu dostajemy od Pani Veroniki klucze z Domu Polskiego oraz porady kto robi tutaj najlepszą palinkę ;)
![]() |
![]() |
Następnego dnia żal opuszczać tak gościnne miejsce, mimo pogody pod psem chciało by się zostać na tej pięknej Bukowinie. Jednak ruszamy na południe w stronę wąwozu Bizac. Pierwsze przeszkody czekają na nas na dojeździe do przełęczy Tarnita, droga zablokowana jest przez ciężarówki, które utknęły na podjeździe, ale my zakładamy łańcuchy i już jedziemy dalej. Następne niespodzianki spotykają nas na przejeździe przez masyw Ceahlau, na szczęście policja rumuńska jest bardzo przyjazna, pokazują nam objazd zawalonego fragmentu drogi 155F.
![]() |
![]() |
Wąwóz Bizac mijamy w deszczu, ale podobno tu zawsze jest taka pogoda ;) W starym tunelu robimy sobie postój na obiad, następnie zatrzymujemy się nad zamarzniętym Jeziorem Czerwonym. Ostatni punkt programu na dzisiaj to dotarcie do jaskini Sugau. Niestety jaskinia jest zamknięta i nie można nic z tym zrobić. Nocleg wypada nam pod jaskinią w niedokończonej chałupie. Rano znajdujemy w pobliżu świeże ślady niedźwiedzia. A co do jaskini to kabanie uświadamia nas przez telefon że może nam otworzyć jaskinię ale w sobotę, niestety jesteśmy poza sezonem. Dzień piąty to dzień w drodze, na dłużej zatrzymujemy się tylko na zamku w Branie, zwiedzanie i w drogę. Robimy zakupy u przydrożnej babci, chyba nas trochę naciągnęła, ale towary jakie i oferowała i ,,obsługa” – było warto.
![]() |
![]() |
Okrążamy Fagarasze od południa, chcąc skrócić sobie drogę do trasy 7 ładujemy się przez góry. Off – road jest na najlepszym poziomie, nasze wyładowane do granic możliwości samochody w tutejszej glinie są praktycznie niesterowane. Jednak i tak góry pokonują nas, znowu jest zerwana droga, tylko tym razem nie ma objazdu. Wieczorem jesteśmy już na 7A, wita nas tablica informująca o nieprzejezdnym odcinku przez góry. Decyzja zapada od razu, jak nie da rady to będziemy musieli wrócić, te marne 90 km. Namiot rozbijamy w górach, na wysokości na której już nie padał deszcz.
![]() |
![]() |
Dzień szósty wita nas przepięknym wschodem słońca i praktycznie letnią pogodą. Pniemy się do góry, jest coraz więcej śniegu. Jechaliśmy tędy latem, ale na tej wysokości zimą droga wygląda zupełnie inaczej. Na skrzyżowaniu z 67C spotykamy robotników z pługiem wirnikowym, na szczęście droga do Petrosani jest dla nas przejezdna (i dla jednej Dacii), za to rozwiewają nasze marzenia o 67C (trzeba poczekać jeszcze dwa miesiące).
![]() |
![]() |
Na przełęczy Groapa Seaca jakieś dwa metry śniegu, a przy zjeździe przepiękne widoki. Ośnieżone szczyty Gór Parang robią niesamowite wrażenie, podobne do Tatrzańskich Czerwonych Wierchów. Właściwie mamy w samochodzie czekany i raki, ale nie mamy czasu – szkoda.
![]() |
![]() |
Następnym naszym celem są jaskinie – pierwsza na trasie to Jaskinia Bolii. Jest to wodna jaskinia niegdyś udostępniona turystom, został jeszcze jeden mostek i trochę betonowych pozostałości. Jaskinie pokonujemy na bosaka, a woda nie należy do najcieplejszych.
![]() |
![]() |
Następną jaskinią jest Sura Mure – największa wodna jaskinia w Rumunii. Jej otwór znajduje się we wsi Ponor. Sama wieś robi już na nas niesamowite wrażenie, wygląda jakby czas zatrzymał się tu w średniowieczu. Jaskinia jest przeogromna jednak dojście do niej nie jest takie proste. Najpierw ekipa próbuje strumieniem, jednak stan wody oraz jej temperatura uniemożliwiają to. Atakujemy pobliskie granie i teraz możemy dopiero podziwiać ogrom otworu jaskini. Dopiero z tego miejsca Tadek z Zygmuntem idą sprawdzić czy da się coś zrobić. Za chwilę patrzymy na nich, wyglądają jak dwa małe punkty kilkaset metrów pod nami pełzają po kamieniach. Przynajmniej otwór zostaje zdobyty.
![]() |
![]() |
We wsi spotykamy rumuńskiego grotołaza, który zdradza nam kilka szczegółów dotyczących tej jaskini i uświadamia nas, że niestety mamy pecha, bo zazwyczaj jest mniej wody.
Opuszczamy wieś Ponor i już bez żadnych przystanków kierujemy się w kierunku Bihoru, a dokładni do wsi Garda. Docieramy tutaj nocą, a właściwie pod jaskinie Gheratul Searisoara – największą lodową jaskinię Rumunii. Zwiedzanie jaskini zajmuje nam ok. 2 godz., ale nie jest to stracony czas. Nacieki lodowe i ogrom tej jaskini na pewno zostaną w naszej pamięci.
Siódmy dzień wyjazdu to dzień całkowicie jaskiniowy – rano wspinamy się samochodami do wsi Casa de Pietra gdzie znajduje się jaskinia Cioba Mica. Tutaj idziemy na rekonesans, który to kończy się dopiero po kilku godzinach – po prostu dobrze szło.

Po obiedzie idziemy w góry do jaskini Ghetarul de la Vertop. Pod otwór przychodzimy już całkowicie przemoczeni po walce z głębokim śniegiem i ostrymi podejściami. We wstępnych partiach jaskini znajdujemy mnóstwo nacieków lodowych, co sprawia niesamowite wrażenie.
Dalej dochodzimy do obszernej sali z dużą ilością nacieków. Niestety nie mamy ze sobą sprzętu, a dalsza część to głęboka studnia, więc tylko sesja zdjęciowa i musimy zakończyć zwiedzanie.
![]() |
![]() |
Wieczorem rozstajemy się z załogą z Łodzi. Zygmunt z załogą tę noc spędzi w Jaskini Meziad, by nazajutrz zmierzyć się z off – roadowym problemem gdzieś w Górach Vladesa. My zostajemy w rejonie Gardy, a dokładnie pod Jaskinią Porta Lui Ilionele. Rankeim idziemy zwiedzać jaskinie, atakując również problemy wodne. Po wszystkim pakujemy graty do samochodu i na kolację jesteśmy w domu.
Wyjazd ten przyniósł nam zupełnie nowe wrażenia i spostrzeżenia na przyszłość. Naprawdę warto wybrać się na taką wyprawę daleko poza sezonem turystycznym. W takim okresie jest się wszędzie samemu, nie ma żadnych turystów a kontakt z ludźmi jest jeszcze lepszy. Jedyna utrudnienia to pozamykane atrakcje turystyczne. Jednak zmieniająca się przyroda, w dolinach wiosna a w górach głęboka zima pozostawiły w nas wspaniałe wspomnienia. Całość trasy to ok. 2600 przejechanych kilometrów, ponad 300 litrów spalonej ropy, masę wspomnień i planów na następne wyjazdy.
Uczestnicy: Agnieszka, Marysia, Piotr, Tadek, Artur, Zygmunt, Łukasz
Opracował
Piotr Szmatłoch





























